Oglądając taniec w wykonaniu mistrza lub mistrzyni, możemy zostać zauroczeni jego naturalnym, niewymuszonym pięknem.
Z wrażeniem tym nie będzie miała związku posiadana przez nas wiedza o kulturze, którą tancerz reprezentuje i będzie ono niezależne od fizycznej sprawności czy techniki artysty. Decydującą role odegra wola zagłębienia się w doskonałą sztukę.
Możliwe, że to doświadczenie zmieni nas na zawsze.
Podobnie mistrz lub mistrzyni Dzogczen są w stanie pokazać uczniom prawdziwą naturę umysłu – spontaniczny taniec nie dualności, który stanie się dla nich głęboką inspiracją. Nie potrzebują do tego filozoficznych dysput, ani wyszukanych rytuałów. Ich życie jest odbiciem ich umysłu. Jest skończoną sztuką.
Możliwe, że doświadczamy przebłysku tego stanu czytając autobiografię Czagduda Tulku pt. „Mistrz tańca” wydaną przez wydawnictwo Damaru. Ta skromna książka nawiązuje do tradycyjnej buddyjskiej literatury, choć sam autor zdradza we wstępie, że nie zamierzał pisać życiorysu świętego, gdyż jak się okazuje dalej, raczej świętoszkiem nie był.
W Tybecie biografie wielkich praktykujących mają swoje osobne, bardzo istotne miejsce. Nazywa się je „namthar” i podobnie jak hagiografie katolickich świętych komponuje się je według specjalnych wzniosłych kanonów. Po za namtharami istnieją też biografie lżejszego kalibru czasem wręcz satyryczne lub parodiujące namthary*. Jedne i drugie powstają, by inspirować i pouczać praktykujących.
Autobiografia Czagduda Tulku nie należy do tej wzniosłej kategorii. Autor przedstawia w niej siebie jako człowieka posiadającego wiele wad. (Ich szczegółowe wyliczanie staje się okazją do udzielenia nauk). Zalety, zaś jeśli się już pojawiają, raczej przedstawia jako problem w życiu codziennym i traktuje z przymrużeniem oka. Jak się okazuje bodhisattwa nie ma łatwego życia w społeczności skrajnie praktycznych Tybetańczyków.
Można powiedzieć, że na poziomie fabuły „Mistrz Tańca” jest po prostu historią Tybetańczyka, którego zgodnie z wielowiekową tradycją uznano za inkarnację zmarłego buddyjskiego mistrza. Dowiadujemy się więc, jak wyglądało dzieciństwo autora w tybetańskim Khamie, kim byli jego rodzice, jak żyła jego rodzina, znajomi i przyjaciele. Opisuje w niej edukacje tulku, dorastanie, życie rodzinne i społeczne. Opowiada barwnie o swoim życiu dziecka – inkarnowanego lamy, życiu młodego mnicha, świeckiego jogina, uchodźcy, emigranta, działacza społecznego, wreszcie buddyjskiego nauczyciela. Ale w tej historii szare życie miesza się czasem z wizjami i niezwykłymi snami. Zwykli ludzie okazują się niekiedy dysponować wewnętrznymi mocami przekraczającymi nasze wyobrażenia.
Podobnie skonstruowana jest ta książka. Zwyczajna, lekko opowiedziana, trochę niesamowita historia ma oczywiście dharmiczny cel. Jest pouczająca, niezwykle mądra i inspirująca. To oczywiście nie przeszkadza nam zaśmiewać się do łez, momentami obawiać o losy bohaterów czy nimi wzruszać. Jest to jakby połączenie fantastyki, thrillera, sagi rodzinnej i komedii dające w efekcie świetną literaturę dewocyjną. Jak to możliwe?
Czagdud Tulku, opisując swoje życie, nie przestaje działać dla dobra wszystkich istot. Życie mistrza dzogczen staje się ilustracją naturalnego stanu umysłu, którego spontaniczną ekspresją jest bodhiczitta. Tym samym uświadamiamy sobie, że oświecenie nie jest czymś zewnętrznym, jakimś odsunięciem się od świata, ale jest tańcem żywiołów, zjawisk i jawi się dopiero po rozpoznaniu ich prawdziwej, iluzorycznej natury.
Aby opisać ten stan, można użyć tysięcy słów i ani na chwilę nie zbliżyć się do prawdy. Można też napisać zwyczajną historyjkę, zabawne haiku, piosenkę albo po prostu zatańczyć. Reszta będzie już zależeć od tego, jak bardzo będziemy w stanie otworzyć się na taniec mistrza, niosący ze sobą doświadczenie rzeczywistości takiej, jaką ona jest.